Greenwashing na dobre zadomowił się we współczesnym marketingu. Jest wszędzie: od mody, przez biznes, aż do polityki. „Skoro ekologia to motyw trafiający w potrzeby ludzi, to firmy chcą używać jej jako aspektu reklamowego. Ale kierując się względami ekonomicznymi, niektórzy mogą chcieć zminimalizować koszty i zostawić sobie wyłącznie efekt marketingowy” – mówi prof. Aleksandra Cisłak, Centrum Badań nad Relacjami Społecznymi Uniwersytetu SWPS.
Blanka Dżugaj: Czy przedrostek „eko” może być chwytem reklamowym?
Prof. Aleksandra Cisłak, Centrum Badań nad Relacjami Społecznymi Uniwersytetu SWPS: Jak najbardziej. Zasada „going green to be seen” – jak pokazały badania pod kierunkiem Vladasa Griskeviciusa – jest jak najbardziej prawdziwa, a ludzie używają ekologicznych motywów do podnoszenia swojej widoczności lub pokazania swojego wysokiego statusu. To zwiększanie własnego prestiżu może przejawiać się na przykład w zakupie hybrydowych lub całkowicie już „zielonych” aut, które są droższe niż samochody spalinowe. Posiadanie takiego pojazdu pokazuje, że jest się osobą na tyle zamożną, by móc sobie na taki wydatek pozwolić – wydatek znacznie wykraczający poza zwykłą konieczność. To samo dotyczy kupowania ekologicznej żywności – wciąż nieco droższej niż zwykła, kosmetyków naturalnych czy odzieży szytej w zrównoważony sposób. Jeśli jednostki stosują takie praktyki, to tym bardziej odwołują się do nich przedsiębiorstwa w działaniach marketingowych i reklamowych.
Ten artykuł dostępny jest tylko dla zalogowanych użytkowników.
Zarejestruj się bezpłatnie, aby otrzymać dostęp do ARTYKUŁÓW PREMIUM oraz newslettera.








