Zaczęło się od pasji i młodzieńczego uporu. Potem do pasji dołączyła jeszcze siła przyjaźni. W efekcie powstały produkty pszczelarskie, które pokochały tysiące Polaków. O tym, jak wybrać dobry miód, dlaczego pszczoły są takie ważne i jak fascynację tymi stworzeniami przekuć w świetnie działającą firmę portalowi Ekobiznes opowiada Arkadiusz Sadowski, założyciel Pasieki Rodziny Sadowskich.
Julia Szypulska: Mam w pamięci taki obrazek z dzieciństwa: u babci w kredensie stoi słój miodu. Miód jest skrystalizowany, i to mocno, bo trzeba porządnej łyżki, żeby go wydobyć ze słoika. Teraz natomiast na sklepowych półkach widzę miód w postaci płynnej. Który miód jest prawdziwy?
Arkadiusz Sadowski, założyciel Pasieki Rodziny Sadowskich: Bez wątpienia ten, który był u pani babci to miód naturalny. To, że był on twardy, zbity, skrystalizowany, nawet ciężki w obsłudze świadczy o tym, że był to miód, z którym nikt nic nie zrobił. W słoju znajdowało się dokładnie to, co natura dała. Można natomiast dobry gatunkowo miód odpowiedzialnie poddać zabiegom, takim jak np. kremowanie. To jest nic innego, jak mechaniczne mieszanie miodu przez długi czas, co powoduje, że jego struktura zmienia się w przyjemną konsystencję. Wtedy też jest on skrystalizowany, ale do postaci „masełka”.
Miód skrystalizowany czy lejący – co wybrać?
Przeciwnym procesem jest dekrystalizacja, czyli podgrzewanie miodu. W przypadku tej metody trzeba być bardzo ostrożnym, ponieważ temperatura powyżej 40 stopni zabija wartości odżywcze i miód staje się jedynie słodkim dodatkiem. Stąd bardzo ważne jest, aby miodu nie przegrzać.
Co do miodów na sklepowych półkach – bywa różnie. Jeśli widzi pani miód ładnie skrystalizowany, można przypuszczać, że jest to produkt dobrej jakości. W przypadku miodu płynnego ocena jego jakości nie jest już taka oczywista. To, że on jest płynny, nie oznacza, że zrobiono z nim coś złego. Jednocześnie nie mamy pewności, że został on potraktowany we właściwy sposób. Wiele także zależy od gatunku miodu, bo w zależności od rodzaju, będzie on krystalizował w innym czasie. Miód rzepakowy w ciągu kilku dni od miodobrania staje się twardy i ciężki w obróbce, ale np. akacjowy potrafi przez 12 miesięcy pozostać płynnym. Z kolei wystarczy miód rzepakowy dekrystalizować w temperaturze do 40 stopni, żeby uzyskać formę płynną i ostatecznie w słoiku widzimy ten sam efekt. Problem w tym, że będąc w roli klienta nie jesteśmy w stanie – jedynie oglądając produkt – ocenić czy przeprowadzono ten proces we właściwej temperaturze.

Z pewnością należy unikać brzydko rozwarstwionych miodów. Oznacza to, że na dole słoika widzimy coś w rodzaju kryształków cukru, choć cukrem to nie jest. To forma, jaką miód przyjmuje po przegrzaniu. Ziarenka na dole, a na górze płynny miód to klasyczny dowód na nieumiejętne potraktowanie miodu.
Natomiast jak najbardziej i z korzyścią dla zdrowia warto jest wybierać skrystalizowane miody, a płynne – tylko z pewnego źródła. Mam tu na myśli np. okolicznego pszczelarza czy lokalną pasiekę. Można także wybrać się na zakupy w sieci. Internet jest o tyle dobrym miejscem, i to ogólnie, nie tylko w przypadku miodu, że sprzedaż internetowa nie przepuszcza błędów. Jeśli produkt jest słabej jakości, znajdzie to swoje odbicie w komentarzach i opiniach. Warto więc szukać i świadomie wybierać zaufanych producentów i dostawców o sprawdzonej renomie.
Skoro jesteśmy przy poradach konsumenckich, czy kraj pochodzenia miodu ma znaczenie? Na swoim blogu doradzacie, by miód pochodził z Unii Europejskiej.
Zdecydowanie pochodzenie miodu ma znaczenie i to z kilku powodów. Przede wszystkim mamy w Polsce i w całej UE jasno określone przepisy fitosanitarne. To oznacza, że kwestia dopuszczonych do uprawy i ochrony roślin środków jest dokładnie określona przez prawo. Unia Europejska, a w tym i Polska, stawia na zrównoważony rozwój i odpowiedzialne korzystanie z zasobów naturalnych.
W wymiarze społecznym możemy mówić o lokalnym patriotyzmie. Kupując polski miód, wspieramy rodzimych pszczelarzy. To oni dbają o pszczoły, rozwijają ich populację, a dzięki temu mają wpływ na cały ekosystem. Bez pszczół nie będzie życia ani plonów, a im więcej zapylaczy, tym lepsze zbiory i większa sprzedaż. Na tym polu ekologia i ekonomia bezpośrednio od siebie zależą.
I wreszcie aspekt zdrowotny, który pozostaje z dwoma pierwszymi w ścisłym związku. Myślę tu o kwestiach odporności i alergii. Specjaliści od żywienia zachęcają, aby sięgać po produkty lokalne, takie które rosną w naszej szerokości geograficznej. Dotyczy to także miodu i pyłków. Jedząc miód, w którym znajdują się pyłki roślin naturalnie występujących w naszym otoczeniu, sprawiamy, że organizm ma szansę przyzwyczaić się do nich. Przestaje na nie reagować alergicznie.
Podsumowanie jest więc proste: kupując polski miód dbamy nie tylko o swoje zdrowie, ale także o lokalny biznes. Dzięki temu pszczół wokół nas w Polsce jest coraz więcej, nasze rolnictwo jest bardziej efektywne, nasze rośliny ozdobne są piękniejsze, a pszczelarze mają fundusze, by rozwijać swoje gospodarstwa. Trzeba sobie też zdawać sprawę, że miód dla pszczół, dla ich ekosystemu jest produktem ubocznym pracy. Podstawową funkcją pszczół w środowisku jest zapylanie roślin. To przynosi znacznie większe korzyści, które trudno jest oszacować wyłącznie w wymiarze finansowym.
Kończąc wątek wyboru miodu, czego nie powinno być na etykiecie? Na co zwrócić uwagę?
Wszystko zależy od tego, czego szukamy. Zarówno miód naturalny, jak i sztuczny muszą być odpowiednio oznaczone. Pozostałe kwestie to indywidualne decyzje konsumenckie. Można wybrać miód z dalekich zakątków świata – tam też można znaleźć pyszny i prawdziwy miód, można wybierać mieszanki miodów. Ja zdecydowanie polecam korzystanie ze sprawdzonych dostawców i firm pszczelarskich. Wówczas mamy pewność, że to co na etykiecie, jest także w słoiku.
Najpierw było 5 uli, teraz jest 3000
W jednym z wywiadów przyznał pan, że nikt w pańskiej rodzinie nie interesował się pszczelarstwem, nie było takich tradycji. Zawodowo z kolei był pan związany z branżą medyczną i farmaceutyczną. I nagle stworzył pan imperium pszczelarskie? Bo chyba można już tak powiedzieć? Jak to się stało?
Rzeczywiście Pasieki Rodziny Sadowskich to obecnie największe gospodarstwo pasieczne w Polsce. „Imperium” brzmi dumnie, ale nie będę przesadnie nieskromny, jeśli rzeczywiście przyznam, że tak jest. Działamy w jednej z najstarszych branż na świecie i wydawać się może, że trudno tu o kreatywność i dynamiczny rozwój właściwie od zera. Fakty są jednak takie, że minęło 12 lat od kiedy kupiłem pierwszych pięć uli za pieniądze z sezonowej pracy i dziś jesteśmy najwięksi w Polsce.
Ile teraz macie uli?
Ponad 3000 i w tym roku prześcignęliśmy największe do tej pory gospodarstwo w Polsce. Mamy ambitny plan, aby w ciągu najbliższych kilku lat stać się największym gospodarstwem pasiecznym w Europie. To duże wyzwanie, ale jesteśmy gotowi je podjąć. Co pomogło nam osiągnąć sukces? Najkrócej mówiąc: mój młodzieńczy upór i pasja, by to rozwinąć oraz siła przyjaźni. Brzmi romantycznie, ale tak faktycznie było.
Zanim kilka lat temu założyliśmy spółkę, zapytałem każdego z trzech przyjaciół, czy nie chcieliby zrobić czegoś fajnego, większego. W tamtym czasie już od 8 lat prowadziłem z rodziną duże gospodarstwo regionalne, które zapewniało nam satysfakcjonujący poziom życia. Miałem jednak ambicje na więcej. Chciałem stworzyć nową jakość. Moi trzej przyjaciele podjęli ryzyko i postawili wszystko na jedną kartę. Dwóch z nich wzięło kredyty, które wymagały od ich bliskich dużej dozy zaufania. Jeden z przyjaciół sprzedał świeżo zbudowany dom na Śląsku i wraz z żoną i rocznym dzieckiem przeprowadził się do Płocka. Na szczęście pasji i zaangażowania nie brakło nie tylko u mnie, ale i u wspólników.
Dzisiaj jesteśmy firmą, która zatrudnia 70 osób, a za chwilę będzie nas już 100. Przygotowujemy się na kolejne rekrutacje. Dużą satysfakcję sprawia mi obserwowanie, jak naszą pasją udaje się nam zarażać innych ludzi: nowych pracowników, współpracowników, kierowników. Tworzymy zgrany zespół pasjonatów. To jest nasz klucz do sukcesu.
Ale ta pasja wyszła u pana przypadkiem, prawda?
Zdecydowanie. Jestem mieszczuchem z Płocka, który w młodości nie odróżniłby kapusty od buraka. Wszyscy pukali się w głowę, kiedy mówiłem, że kupuję sobie ule. Traktowano to jak fanaberię. Może teraz, kiedy stało się to modne, zostałbym uznany za hipstera, wtedy jeszcze takiego słowa nie było.
Na najdłuższych wakacjach życia, między maturą, a pierwszym rokiem studiów, szukałem pracy sezonowej. Tata mojej ówczesnej dziewczyny miał lokalne, duże, bo liczące ponad 200 uli, gospodarstwo pszczelarskie. No i zaprosił mnie do pomocy. Początkowo miały to być 3-4 miesiące, kiedy planowałem zarobić na fajne wakacje. Ostatecznie na wakacje nie pojechałem, dlatego że kupiłem za te pieniądze pierwsze ule. Młodzieńcza miłość też nie przetrwała, za to pasja do pszczół jak najbardziej. To był czysty przypadek – nie spodziewałem się, że pszczoły staną się dla mnie życiową fascynacją.
Rój pszczół – najlepsza wspólnota na świecie
Co jest w tych pszczołach takiego fascynującego? Nie jest to zwierzę domowe mające urok, jak pies czy królik. To zwierzęta dzikie i groźne…
Jak z całą naturą, może być groźna, jeśli jesteśmy wobec niej nieodpowiedzialni. Każdy kontakt z żywymi stworzeniami powinien opierać się na wiedzy, szacunku i jednak odpowiedniej dawce pokory. Z pszczołami to jest trochę tak jak np. z owczarkiem niemieckim. Może to być nasz najlepszy przyjaciel, który zapewnia nam bezpieczeństwo i daje wiele wspaniałych chwil, a może to być pies, który nas zabije. Kwestia właściwego postępowania i świadomego podejścia. Niedawno było głośno o człowieku, który zginął użądlony przez pszczoły. Był uczulony na ich ukąszenia, a mimo to postanowił je hodować.
Ja jestem nieustannie zafascynowany tym, jak wiele dobrego potrafią robić te stworzenia, będąc małymi istotami. I to, że jest to najlepsza wspólnota, jaka istnieje na świecie. Kto zna biologię pszczół, wie, że ona, żądląc w obronie ula, umrze. Wiąże się to z tym, że pozbywa się żądła razem z odwłokiem. Oddaje życie za wspólnotę.

Niezwykłe jest też to, jak rój organizuje sobie w ulu pracę. Proszę pamiętać, że w ulu jest ok. 50 tysięcy pszczół. Każda ma inne zadanie, a my – patrząc na pszczelą ramkę – widzimy, że tam nie ma żadnego przypadku, lecz doskonale funkcjonujący system. Poziom ich organizacji jest znacznie bardziej ciekawy i skomplikowany niż obecne ludzkie środowisko.
Same owady nieświadome, jak wiele od nich zależy, ciężko pracują. To prawdziwe bohaterki – swoim życiem dają dużo dobrego ludziom, przyrodzie, kwiatom, roślinom, więcej niż samym sobie.
Czy każdy może być pszczelarzem? Czy to jest coś, czego można się nauczyć?
Oczywiście, że można. To nie jest tajemna wiedza. Każdy może zostać pszczelarzem. Wskazany jest na pewno brak uczulenia na ukąszenia pszczoły. Natomiast każdy, kto kocha naturę i lubi spędzać czas na łonie przyrody, jak najbardziej się w tym odnajdzie. Konieczne są też pewne inwestycje – ich wysokość zależy od stopnia zaangażowania. Na poziomie hobbystycznym, gdy chcemy postawić w ogródku z pięć uli i kupić podstawowe maszyny, to budżet wyniesie pewnie ok. 10 tys. zł. Pięć uli daje gwarancję, że nam i rodzinie miodu nie powinno zabraknąć.
Decydując się na pszczelarstwo, dobrze jest oszacować ilość wolnego czasu, jaką posiadamy. Zimą może nas nie być przy ulu i nawet lepiej, by nas nie było, bo nie hałasujemy i nie przeszkadzamy pszczołom. W sezonie natomiast jest zupełnie inaczej. W maju, czerwcu, lipcu są zabiegi i przeglądy, które trzeba robić co 4-5 dni, no i wtedy nie mamy możliwości, żeby pojechać na wakacje, jeśli ktoś za nas tego nie zrobi. A nie zrobi tego osoba przypadkowa, bo to musi być ktoś, kto wie o co chodzi. Musimy więc być gotowi wiele rzeczy podporządkować pszczołom, aby zapewnić im właściwą opiekę.

Naukowcy już wiele lat temu zaczęli alarmować, że populacja pszczół jest coraz mniej liczna, co ma m. in. związek z powszechnie stosowanymi w rolnictwie środkami ochrony roślin, ale pewnie też ze zmianami klimatu. Zapanowała jednak moda na pszczoły i pasieki zaczęto zakładać w miastach. Jak pan ocenia, czy to są działania bardziej wizerunkowe, czy jednak mające głębszy sens?
Spadająca liczebność pszczelej populacji dotyczy w największym stopniu pszczół dzikich, żyjących naturalnie. Stan środowiska naturalnego oraz pasożyty, które atakują pszczoły, powodują, że w przyrodzie owady te są w stanie przeżyć bez opieki człowieka dwa lata. Dlatego wszelkie działania, które mogą poprawić ich byt, mam tu na myśli choćby proste domki dla pszczół, są bezcenne. W przypadku miejskich pasiek mówimy najczęściej o kilku ulach postawionych na dachu wieżowca. Nie mają one zbyt dużego realnego wpływu na przyrodę w porównaniu z naszą pasieką, gdzie zapylanie jest 1500-krotnie większe. Ale edukacyjnie ma to ogromne znaczenie. Ludzie zobaczą, usłyszą w mediach, może się zainteresują i w efekcie bardziej odpowiedzialnie podejdą do swoich decyzji.
Łąka kwietna lepsza niż idealny trawnik
A czy my jako zwykli ludzie możemy zrobić coś, by pszczołom pomóc?
Każdy z nas może zrobić bardzo dużo, a wspólnie jesteśmy naprawdę w stanie zmieniać świat. Wystarczy, że przestaniemy w naszych ogródkach skupiać się na idealnym trawniku, lecz pozwolimy także rosnąć kwietnym łąkom. To jest rzeczywista pomoc, dzięki której pszczoły mają naturalne źródło pożywienia i nie męczą się wyłącznie z monokulturami.
Na całym świecie problem z tego typu rodzajem upraw polega na tym, że siejąc kilkaset hektarów np. rzepaku zapewniamy pszczołom pokarm, którego nie są w stanie zebrać. Po czym kwiaty przekwitają i owady nie mają żadnego innego źródła pożywienia, bo nic więcej na tych polach już nie rośnie. Nawet chwasty, jak np. chaber – niekorzystne dla rolnika, cenne dla pszczół, zostały wytrzebione. Dlatego wysiewanie łąk kwietnych wypełnia tę lukę.
Zabiegajmy o to, by polne kwiatki rosły w doniczkach, na balkonach, by władze miejskie też uwzględniły miejsca na takie naturalne kwietniki. Będzie nie tylko ładniej, bo kolorowo, ale przede wszystkim bardziej przyjaźnie dla owadów. W sytuacji gdy dzikie pszczoły praktycznie nie istnieją już jako gatunek, jedyną szansą dla przetrwania pszczół jest działalność człowieka – w pasiekach, lecz także dzięki prostym staraniom każdego z nas.
Ekologia to temat bliski pańskiej firmie. Jakie działania podjęliście u siebie?
Troska o populację pszczół i ochrona środowiska to elementy wpisane w DNA pasieki. Każdego dnia opiekujemy się pszczołami, zapewniając im przyjazne warunki życia i dbając o ich dobrą kondycję. Stąd szczególny nacisk kładziemy na zachowania odpowiedzialne ekologicznie. W pasiekach nie stosujemy chemii ani antybiotyków, miód sprzedajemy wyłącznie w szklanych słoikach, które w wielu gospodarstwach domowych zyskują następnie drugie życie i są wielokrotnie wykorzystywane choćby do przechowywania przetworów. Wszystkie produkty są wysyłane klientom w opakowaniach biodegradowalnych, bez użycia plastiku. Zapraszamy także naszych kupujących do wspólnej troski o środowisko. W okresie od kwietnia do czerwca do indywidualnych zamówień w sklepie internetowym dołączamy saszetki z nasionami miododajnych roślin. Każdy może dzięki temu wysiać kwietną łąkę i w prosty sposób wesprzeć pszczoły i inne zapylacze.
Ekobiznes.pl to specjalistyczny serwis informacyjny o ekologii w biznesie. Codziennie publikujemy najświeższe ekonewsy i autorskie wywiady z przedstawicielami świata nauki i biznesu. Znajdź nas na Linkedinie lub Facebooku, albo subskrybuj Newsletter i bądź na bieżąco z najciekawszymi ekoinformacjami.


